Taki jest efekt rozstrzygnięcia, dokonanego przez nauczycielski sąd dyscyplinarny, składający się z białostockich nauczycieli. Jak napisaliśmy wczoraj, gremium to postanowiło, że Krzysztof M., matematyk, a także historyk, podejrzewany o molestowanie seksualne uczennic, może wrócić do pracy. Decyzja ta zapadła mimo prowadzonego wciąż śledztwa prokuratorskiego. Zdziwiona była tym nawet Jadwiga Szczypiń, podlaska kurator oświaty. Nie podlega jej jednak ani sąd nauczycielski, ani rzecznik dyscyplinarny dla nauczycieli, który nie zawiesił postępowania do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez prokuratora.
Chronią swoich
- Trudno tę decyzję tłumaczyć inaczej, jak źle pojętą solidarnością zawodową – mówił Roman Fiedorowicz, wójt Raczek, który wczoraj odwiedził protestujących. – Po prostu zwyciężył interes korporacyjny. Szkoda, że ci państwo nie zdawali sobie sprawy, jakie przyniesie to skutki.
Uczennice klas od IV do VI, które złożyły obciążające Krzysztofa M. zeznania (miał m.in. dotykać ich piersi, pośladków, zaglądać pod bluzki, bawić się ich włosami), bały się pójść wczoraj do szkoły.
- Moja córka ostatnie dwie noce nie spała - opowiadała jedna z matek. – Powiedziała, że na matematykę w ogóle nie pójdzie.
I rodzice uznali, że ich pociechy wcale na taki stres nie muszą być narażone. Wpadli na pomysł, aby nie wpuścić Krzysztofa M. do szkoły. Na miejscu pojawiły się matki i kilku tęgich ojców. Gdyby nauczyciel chciał przebić się przez tę blokadę, nie miałby żadnych szans.
Krzysztof M. jednak się nie pojawił. Zapowiadał to zresztą w niedzielę podczas rozmowy z nami.
- Z komisji nauczycielskiej z Białegostoku mam otrzymać pismo potwierdzające, że mogę wrócić do pracy – mówił. – Nie ukrywam, że wrócę bez specjalnego entuzjazmu. Trudno, aby po tym, co mi zrobili, było inaczej.
Matematyk zapewnia, że jest niewinny. Od wielu lat podobnie traktował wszystkie dzieci. Czasami kogoś pogłaskał po głowie, kogoś innego – poklepał po plecach. Nawet teraz nikt nie kwestionuje, że wszystko robił na oczach innych uczniów.
- I gdzie tu to molestowanie seksualne? – spytał. Sądzi, że rodzice są sterowani. Po pierwsze, przez dyrektorkę szkoły, który – jak twierdzi – prześladowała go od paru lat, po drugie: przez wójta, a zarazem przeciwnika politycznego.
- Ja muszę wrócić, choćby do końca tego roku szkolnego – zapowiada. – Moja rezygnacja już teraz oznaczałaby przyznanie się do czegoś, czego nigdy nie zrobiłem.
O panu od matematyki rodzice nie chcą już nawet słyszeć. Twierdzą, że jego zachowanie było tak naganne od lat. Tyle że nikt nie zwracał na to uwagi.
- Jeżeli komuś to nie przeszkadzało, to sprawa tych ludzi – argumentowali. – My sobie nie życzymy, aby nauczyciel w taki sposób dotykał dzieci.
W innych szkołach go nie chcą
Dyrektor szkoły Jadwiga Pejcz twierdzi, że jeśli dostanie oficjalne pismo, że ma odwiesić Krzysztofa M. w pracy, nie będzie miała wyjścia.
- Takie są przepisy – tłumaczyła rodzicom.
Oburzony decyzją nauczycielskiego sądu wójt bezradnie rozkładał natomiast ręce. – Pytałem już w dwóch innych szkołach na terenie gminy, czy nie przyjęliby tam pana M. Dyrektorzy jednak stanowczo odmówili.
Po kilkudziesięciu minutach blokady rodzice się rozeszli. Zapowiedzieli jednak, że gdy tylko dowiedzą się, że nauczyciel ma wrócić do szkoły, natychmiast tam przyjadą. Nie wykluczają, że dojdzie do przepychanek. – A niech nas wszystkich zamkną – mówi jeden z rodziców. – Ale razem z tymi specami od oświaty z Białegostoku. Razem wypijemy to piwo, którego oni nawarzyli.
Suwalska prokuratura zapowiada, że śledztwo w tej sprawie powinno być zakończone jeszcze w tym miesiącu.
Autor artykułu: Tomasz Kubaszewski